Reklama
  • Czwartek, 7 kwietnia 2016 (08:05)

    Fenomen serialu "Polskie drogi"

Reklama

Wszystkie postacie w serialu „Polskie drogi” (1976) były zagrane tak przekonująco, że niektórzy widzowie nie odróżniali fikcji od rzeczywistości. Gdy Henryk Talar, który wcielał się w odrażającego Niemca Heimanna, wybrał się kiedyś z dzieckiem na spacer, mijający go przechodzień splunął z odrazą: „Jak taki hitlerowiec może mieć dziecko?!”.

Plejada gwiazd

„Polskie drogi” były pierwszym filmem o czasach wojny i okupacji, który z taką intensywnością ukazywał życie zwykłych ludzi. Rolę głównego bohatera, porucznika Władysława Niwińskiego, zagrał Karol Strasburger. Młody, przystojny aktor wydawał się stworzony do munduru.

Reżyser Janusz Morgenstern pracował z nim wcześniej na planie „Kolumbów”. „Gdy dostałem propozycję zagrania podchorążego Władysława Niwińskiego, z jednej strony się ucieszyłem, a z drugiej poczułem strach” – wspomina Karol Strasburger.

Był wtedy na początku drogi zawodowej i obawiał się pracy z bardziej doświadczonymi kolegami. A w serialu zagrała cała plejada wspaniałych aktorów, w tym profesorowie, których mógł znać jeszcze ze szkoły teatralnej.

W matkę Niwińskiego wcieliła się pełna ciepła i uroku Zofia Mrozowska. W naczelnika poczty – Aleksander Bardini, zaślepioną nienawiścią Niemkę – Ryszarda Hanin, nauczyciela i żołnierza AK – Zbigniew Zapasiewicz.

Największym „zagrożeniem” dla Strasburgera okazał się jednak aktor jego pokolenia. Kazimierz Kaczor, który jako pełen energii spryciarz Leon Kuraś zyskał największą sympatię widzów.

Wódka za każdy upadek

Kazimierz Kaczor szedł na zdjęcia próbne z nadzieją na dobry epizod albo rólkę drugoplanową. Chociaż miał już za sobą istotne dokonania na deskach teatralnych w Krakowie i Warszawie, do filmu jakoś nie miał szczęścia.

Zadebiutował w „Stawce większej niż życie” mało znaczącym epizodem. W dodatku na planie był tak stremowany, że nie udawało mu się realizować wskazówek reżysera. W końcu Janusz Morgenstern, bardzo już zirytowany, fuknął na niego: „Graj sobie, jak chcesz”, a głos – do krótkiej jednozdaniowej kwestii – kazał podłożyć komuś innemu.

Gdy więc Kazimierz Kaczor po dziesięciu latach ubiegał się o rolę w serialu u tego samego reżysera, modlił się, by tamten nie pamiętał ich poprzedniego spotkania. Dołączył do obsady, ale od razu uprzedzono go, że w piątym albo szóstym odcinku grany przez niego bohater zginie.

Do roli musiał nauczyć się jazdy konnej. Jego instruktorem był Jan Kowalczyk, późniejszy mistrz olimpijski, który nie owijał w bawełnę: „Co ci będę mówić. W dwa i pół miesiąca nikt nigdy nikogo na koniu nie nauczył jeździć. A ja cię albo nauczę, albo cię, k…a, zabiję”.

Kazimierz Kaczor zapamiętał go jako wymagającego instruktora: „Nie oszczędzał mnie, zaliczyłem więc wiele bolesnych upadków. Za każdy musiałem postawić butelkę wódki”. Któregoś dnia aktor przyniósł całą skrzynkę i powiedział do przyszłego mistrza: „Masz tutaj na zapas”.

Już na początku zdjęć reżyser i scenarzysta zauważyli, że w postaci Kurasia i w grającym go aktorze tkwi niesamowity potencjał. „Trzeba by mu coś więcej dać, on to fajnie gra” – powiedział Janusz Morgenstern do Jerzego Janickiego.

Karol Strasburger musiał widzieć, że Kaczor kradnie mu show. Ale to nie zaważyło na ich stosunkach. A niekiedy, jak wspomina pan Kazimierz, bywali towarzyszami wspólnej niedoli. Jak w czasie jesiennych zdjęć w Piwnicznej, gdzie obaj aktorzy zostali zakwaterowani w jednym pokoju wyziębionego domu wczasowego.

Wtedy to wpadli na pomysł, że kupią w sklepie denaturat i podpalą go w ogromnej żeliwnej popielnicy. To trochę podniosło temperaturę w pokoju. Odwiedzający ich koledzy z ekipy dziwili się, że tylko w kwaterze Strasburgera i Kaczora jest ciepło. „Gramy główne role, to u nas grzeją” – odpowiadali z powagą aktorzy.

Obaj przeżyli też bardzo niebezpieczną sytuację w czasie zdjęć do pierwszego odcinka. W jednej ze scen nad polskimi wojskami przelatuje niemiecki samolot i zrzuca bomby. Pirotechnik przygotował trzy detonacje. Jednak w miejscu trzeciej przesadził z trotylem.

Po dwóch wybuchach, za trzecim razem nastąpiła taka eksplozja, że aż upadła kamera, a przerażone konie były bliskie stratowania Karola Strasburgera i Kazimierza Kaczora. „Dziś najczęściej wspominam ostatni odcinek, realizowany między innymi na Cmentarzu Powązkowskim. Był środek zimy…

Po kilku dniach zapomnieliśmy, że to jest cmentarz. Dziwnie było pić ciepłą herbatę i zajadać się kanapkami pośród tych wszystkich grobów. Nie mieliśmy wtedy jednak własnych garderób, przyczep, cateringu, ciepłych miejsc, tego rodzaju rzeczy” – wspomina Karol Strasburger.

Śmierć ich uchroniła

Serial cieszył się ogromnym powodzeniem. Wspaniała obsada, w której znaleźli się też młodzi aktorzy, m.in. Jadwiga Jankowska-Cieślak, Piotr Fronczewski, Jan Englert, i znakomity scenariusz Jerzego Janickiego przyniosły sukces.

Cała Polska z zapartym tchem śledziła losy bohaterów. Zachwycała się gorzko-ironicznymi kwestiami Włodzimierza Boruńskiego jako starego Sommera i wzruszała epizodem Zdzisława Maklakiewicza jako nauczyciela tańca. Na twórców i aktorów „Polskich dróg” spadł deszcz nagród. Doceniono role główne i epizodyczne. Karol Strasburger dostał prestiżową nagrodę Przewodniczącego Komitetu Radia i Telewizji.

Muzyczny motyw napisany przez Andrzeja Kurylewicza stał się przebojem i doczekał się licznych przeróbek. Popularność Kazimierza Kaczora była wręcz niewyobrażalna. W związku z tym Andrzej Wajda zaproponował mu… zmianę zawodu.

Któregoś dnia słynny reżyser, z którym Kazimierz Kaczor pracował w krakowskim Starym Teatrze, powiedział: „Powinieneś rzucić w diabły ten zawód. My się złożymy z Kubą (Morgensternem), zainwestujemy w ciebie, a ty założysz w Warszawie »Pralnię u Kurasia«. Nie musisz w niej codziennie bywać, wystarczy trzy razy w tygodniu. I tak wszyscy będą prać u ciebie”.

Jak pamiętają widzowie serialu, Niwiński i Kuraś giną na końcu w tragicznych okolicznościach. O co – zresztą słusznie – mieli pretensje widzowie. Nie zabija się przecież ulubieńców publiczności, to niezgodne z regułami serialu.

Po latach Karol Strasburger twierdził, że śmierć bohaterów miała drugie dno. Decydentom, którzy oglądali pierwsze odcinki – zanim ukończono zdjęcia do wszystkich – serial się spodobał. Niektóre ważne osoby nawet sugerowały, że serial warto kontynuować, ale jego bohaterowie muszą bardziej zaangażować się w działania lewicowego podziemia. Śmierć Kurasia i Niwińskiego ucięła te spekulacje.

Życie na Gorąco Retro

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.