Reklama
  • Środa, 25 lutego 2015 (14:30)

    Kariera Nikodema Dyzmy. Cwaniaczek na salonach

Kto by pomyślał! Serial na motywach powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1932 r. ma już 35 lat i nadal zachwyca. Zasługa to rozmachu, z jakim dzieje Dyzmy nakręcono.

Reklama

Dyzma to postać nieśmiertelna. Ma nie tylko swoich poprzedników, ale i następców. Jest wszechobecny w każdym miejscu i w każdym czasie – pisał o serialu wiosną 1980 roku tygodnik Ekran.

Nie szczędzono pieniędzy

Znakomici aktorzy, wyraziście nakreślone postaci, odpowiednia dramaturgia, ponadczasowy temat i Roman Wilhelmi w roli tytułowej – 7-odcinkowy serial, adaptacja najwybitniejszej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, uznawany jest za jedną z najlepszych telewizyjnych produkcji, jakie u nas nakręcono.

Historię zawrotnej kariery bezrobotnego urzędnika pocztowego, który dochodzi do najwyższych godności w państwie, początkowo reżyserował Jan Rybkowski. Nagła choroba sprawiła jednak, że zastąpił go Marek Nowicki.

Ekipa pojawiła się m.in. w pałacu w Zaborowie, w ogrodach pałacowych w Nieborowie i na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Do dziś w środowisku filmowym krąży powiedzenie, że serial był jednym z ostatnich, na który nie szczędzono pieniędzy.

Amantka z pieprzem

– Byliśmy zgraną ekipą, każdy wiedział, co do niego należy. Trzeba było tylko przypilnować, żeby wszystko poszło w odpowiednim kierunku. I to się udało – mówi Grażyna Barszczewska, serialowa Nina Kunicka.

Przyznaje, że kiedy przeczytała scenariusz, namawiała reżysera, by zmienił decyzję i w roli Niny obsadził kogoś innego. – Wolałam zagrać jeden z charakterystycznych epizodów, niż wcielić się w tę postać. Wydawała mi się dość nudna i nieco przesłodzona, ale pan Rybkowski nie zmienił zdania, twierdząc, że jestem amantką z pieprzem – uśmiecha się aktorka i dodaje, że praca z Romanem Wilhelmim była niezapomnianym przeżyciem.

– Chciał być najlepszy w tym, co robi, ale kiedy stawał przed kamerą, zapominał o swoim aktorskim egoizmie, który każdy z nas w jakimś stopniu posiada. Jego wielki talent, instynkt wspaniałego aktora, podpowiadały mu, że trzeba iść za postacią, a nie skupiać się na myśli, które z nas okaże się lepsze – dodaje.

Urocze detale...

– Romek nie znosił leni, ludzi markujących robotę – potwierdza Ewa Szykulska. Pamięta, że w trakcie zdjęć wielką wagę przywiązywano do najdrobniejszych detali. Jak choćby do kostiumów z epoki czy fryzur.

– Na przymiarki jeździłyśmy z Warszawy do Łodzi, ale największy kłopot był z naszymi włosami. Część aktorek miało długie i należało szybko coś wymyślić, bo przecież akcja rozgrywała się w latach 20. XX wieku! Ktoś dowiedział się, że w Peweksie jest akurat wyprzedaż peruk i to w nie nas przystrojono – wspomina aktorka, wcielająca się w hrabinę Lalę Koniecpolską.

Jak zawsze, z talentem!

– Prototypem Waredy była wybitna postać Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego. Adiutanta i ulubieńca marszałka Józefa Piłsudskiego, warszawskich salonów oraz całego niemal kraju. Wiedziałem, że ranga przedwojennego pułkownika zobowiązuje.

Przed pierwszym dniem zdjęciowym zapytałem pół żartem, pół serio reżysera Rybkowskiego, w jaki sposób mam grać. Odpowiedział: „Jak zawsze. Z talentem!” – zdradza Leonard Pietraszak.

Artur Krasicki

Tele Tydzień

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.